PIOTR „KUBA” KUBOWICZ

29 czerwca 2020, w dniu swoich imienin odszedł  wspaniały Artysta krakowskiej „Piwnicy pod Baranami”- piesniarz, kompozytor, aktor – PIOTR „KUBA” KUBOWICZ,

współzalożyciel Wiener-Krakauer Kultur-Gesellschaft

ŻEGNAJ PIOTRZE

https://dziennikpolski24.pl/zmarl-piotr-kuba-kubowicz-muzyk-znany-z-wystepow-w-piwnicy-pod-baranami/ar/c13-15053430

http://www.polonika.at/index.php/miesiecznik/kultura/3070-przychodzimy-odchodzimy

 

Tekst o Piotrze napisał Wacław Krupiński

PIOTRA „KUBY” KUBOWICZA ZWYCIĘSTWA I PORAŻKI

Kolejna osobowość odeszła z Piwnicy pod Baranami. Piotr „Kuba” Kubowicz nie żyje. Wiedziałem, że jest poważnie chory, w szpitalu… Znaliśmy się od lat; już tych jego krakowskich, gdy opuścił Wiedeń. To w nim poznał Zofię Beklen, razem założyli Wiedeńsko-Krakowskie Towarzystwo Kulturalne, podejmując wiele wspaniałych inicjatyw kulturalnych, wspólnie przez lata brnęli przez życie – zanim późniejsza rozłąka oddaliła ich od siebie.

Piotr bowiem zakorzenił się w Krakowie, w Piwnicy. Słynny kabaret stał się Piotra ukochaną przystanią na ponad dwie dekady; nigdy w żadnym miejscu nie wytrwał tak długo. – Moje ukochane, wielkie miasto – mówił o Krakowie. W kabarecie niezwykle aktywny, twórczy mógł w pełni prezentować swój talent wokalisty – był wszak śpiewakiem z dyplomem uczelni muzycznej, jak i kompozytora. Ileż wspaniałych piosenek prezentował – solo, w duetach… Niestety, w ostatnich latach powróciły dawne demony. Z narastającą bezwzględnością powróciły. I coraz bardziej unieważniały puentę tekstu powstałego, po bardzo szczerej rozmowie, przed kilkunastu laty.

W marcu minionego roku miałem sposobność rozmawiać z Piotrem w ramach cyklu Poczet Artystów Piwnicznych; wspominaliśmy także wówczas Andrzeja Jerzego Nowaka, z którym Piotr „Kuba” nagrał m.in. płytę „Wyciszenia”. – Zachwycał się grą tego pianisty, z którym współpracował 13 lat. – To jego granie było takie, że ocierało się o geniusz… – wyznał wspominając. Na koniec zaśpiewał. Uroczy wieczór.

A teraz ta wieść, że Piotra „Kuby” już nie ma. Ale są jego piosenki, jego płyta „Wyciszenia”, i stworzone przez niego jeszcze w Wiedniu „Godzinki” do wierszy Rilkego, z tą jakże piękną pieśnią „Jak wartownik, co winnicy strzeże”… Stworzył także muzykę do granego przez siebie monodramu „Ostatnia godzina”, wystawionego w Teatrze KTO, opowiadającego o Lwie Tołstoju. I nagrał płytę z piosenkami do tekstów Franciszka Serwatki – również z Andrzejem Jerzym Nowakiem. Tak, niemało nam zostawił Piotr „Kuba” Kubowicz – będziemy do tej twórczości wracać. I zostawił pamięć o sobie – dobrą, życzliwą. Jak on sam.

A oto ów tekst sprzed lat – opublikowany w „Dzienniku Polskim”…

******

Nadal siada z kolegami, którzy coś tam popijają. Sam też postawi, naleje… W Piwnicy pod Baranami jest już sześć lat, ale wódkę pił jedynie z Piotrem Skrzyneckim, którego przed kilkunastu laty spotkał przy barze we wrocławskim hotelu, gdy kabaret gościł na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, i parę lat później, gdy poznali się z występującym w Wiedniu Leszkiem Wójtowiczem. „Aleśmy popili aleśmy popili…” – śpiewa o takich sytuacjach Wójtowicz.

Zmarszczki koło oczu Piotra „Kuby” Kubowicza mówią wiele. – Jak w tym starym dowcipie, gdzie są pieniądze? W worach – pod oczami – rzuca półżartem Piotr snując opowieść ze swego niespełna 48-letniego życia. Do przełomu doszło blisko 10 lat temu w gronie wiedeńskich meneli; odstawił alkohol, po czym przesiedział z nimi jeszcze miesiąc. – I tolerowali cię, niepijącego? – I to z jakim szacunkiem! Byłem prawie że szefem. Poza tym prawie w ogóle nie z nimi rozmawiałem. Głównie – z sobą. Nikomu nie życzę. A zarazem miałem ten komfort, że gdybym któregoś dnia się napił, żaden z nich by mi nie powiedział złego słowa, nikt by mnie nie wyśmiał.

*

1968 rok, w rodzinnej Rabce, 13-letni Piotr z gitarą instruktora prowadzącego ognisko muzyczne w Szkole Podstawowej nr 1, radzi sobie na tyle sprawnie, że pan Kazimierz Kwatyra pożycza ją chłopakowi na cztery lata. Piotr w tym czasie słucha muzyki na okrągło: Radia Luxemburg, Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych z Jackiem Lechem, Czerwonych Gitar, Niemena, młodego Grechuty… W 1971 roku razem z kolegami dają oficjalnie, na zlecenie urzędu miasta, trzygodzinne koncerty promenadowe w muszli koncertowej albo w parku – w repertuarze przeboje polskie i oczywiście – Beatlesi, Rolling Stonesi…

Po maturze wybiera jedyny w Polsce wydział wokalno-aktorski Akademii Muzycznej w Łodzi. 17 kandydatów na jedno miejsce. Przyjmują siedem osób. Jest ósmy. Dziekan Zdzisław Ambroziak radzi, by się odwołał do Ministerstwa Kultury. – Może nawet i mnie tam poparł? Ostatecznie w listopadzie rozpocząłem studia na wydziale wokalnym gdańskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej.

Bez zgody uczelni gra w knajpach, teraz już także na gitarze basowej, czasem śpiewa, jest „etatowym” zastępcą, co jest najbardziej opłacalne. – To mnie zmuszało, by cały czas być na bieżąco z przebojami, bo za nie na dancingach były najlepsze „boki”. Knajpa to znakomita szkoła dla muzyka, zwłaszcza dla takiego jak ja, który przecież nie miał żadnego przygotowania muzycznego, jedynie dobre ucho. Byłem takim „ambitnym samoukiem” – mówi nawiązując do dawnego tytułu programu Piwnicy pod Baranami.

Uczy się dobrze, gorzej jest z przedmiotami teoretycznymi jak historia muzyki, najsłabiej – z politycznymi, te bierze na przetrzymanie. Niemniej, gdy po 12 latach robi dyplom, średnią ma 4,28.

Wcześniej zostaje wyrzucony ze studiów – i to na roku dyplomowym. Zawirowania małżeńskie, alkohol…

A jest już w tym czasie, od 1978 roku, śpiewakiem Teatru Muzycznego w Gdyni. Polecił go dziekan Zbigniew Bruna, zarazem kierownik muzyczny tej sceny. – Śmieję się. że z papieżem pracujemy od tego samego dnia… W moim świadectwie pracy figuruje data 16 X 1978 roku; po pierwszej mojej próbie w teatrze dowiedziałem się, że mamy papieża-Polaka. A zaangażowała mnie podczas ostatniego pobytu w teatrze ciężko chora Danuta Baduszkowa. Po latach Piotr Skrzynecki, będąc ostatni raz na programie Piwnicy, zdecyduje o przyjęciu mnie do grona artystów swego kabaretu.

Jako student przez cztery lata udzielał się w Akademickim Chórze Uniwersytetu Gdańskiego pod dyrekcją Henryka Czyżewskiego, był niemal jego asystentem. Zjeździli prawie całą Europę.

Tylko raz, w 1977 roku, wziął udział w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Antonina Dworaka w Karlovych Varach. Śpiewał w „stanie wskazującym”. Ktoś poradził mu bowiem (- Nie wiem – perfidnie czy z dobrego serca?), że na głos świetnie wpływa woda ze źródła Karola IV. Po pół godzinie wydobywał z siebie ledwo szept. A tu wkrótce występ. 50 gram koniaku w barze i do garderoby wypróbować głos. Jeden koniak nie pomógł, drugi też nie… Wypił siedem. – Panie Piotrze, w życiu nie słyszałam, żeby pan tak śpiewał – skomentowała występ akompaniatorka z Akademii Krystyna Pyszkowska. Dostał ogromne brawa i III nagrodę. I jako jedyny z laureatów – zaproszenie od Josefa Herzla, dyrygenta festiwalowej orkiestry, na koncerty promenadowe. Nie pojechał, kolidowały z występami chóru.

Ale więcej już, mimo że był typowany, nie chciał uczestniczyć w konkursach. – Zawsze byłem rogaty, i może dlatego nic nie zniszczyło mojej chęci śpiewania… I tak w końcu stawiałem na swoim. Sprzyjała mi też natura – nigdy nie byłem prześpiewany, zmęczony, nigdy nie musiałem się rozśpiewywać, z wyjątkiem lekcji i chóru, bo tam było to obowiązkowe. Nie, nie miałem wielkiego głosu, ale – nośny, stąd uwielbiałem śpiewać pieśni, bo wtedy cudownie się muzykuje. Zwłaszcza, jak się ma dobrego pianistę. Jakże wspaniale pracowało mi się z legendą Opery Bałtyckiej – Urszulą Kulkową, mamą Andrzeja Kulki, z którą miałem zaszczyt być po imieniu. Towarzyszyła mi w przedstawieniach Kameralnej Sceny Operowej PWSM; w partii Gaspara w „Ricie” Donizettiego czy Marcina w „Verbum nobile” Moniuszki, bardzo trudnej partii barytonowej.

Praca w Teatrze Muzycznym dawała wiele radości i satysfakcji. „Bal w operze”, ”Musicabaret” Jana Pietrzaka ze scenografią ekskrakowianina Edwarda Lutczyna, „Krakowiacy i górale”, wreszcie legendarny dziś musical „Kolęda nocka” Wojciecha Trzcińskiego i Ernesta Brylla. śpiewał w grupie kolędników, tuż obok gwiazd – Teresy Haremzy i Krystyny Prońko. Po przedstawieniach zdarzały się i 40-minutowe owacje.

Niestety, w kwietniu 1981 roku, musiał rozstać się z teatrem. Usunięty z uczelni, stał się obiektem zainteresowania wojska. – Gdybym trafił do jednostki to albo bym coś zrobił komuś, albo sobie, mnie głowa pod hełm nie urosła – mówi. Poradzono mu pracę w zespole estradowym Marynarki Wojennej Flotylla. I tam go zastał stan wojenny. – Czułem się fatalnie, wcześniej Solidarność, do której zaraz wstąpiłem, występ ku czci pomordowanych stoczniowców w kościele Serca Jezusowego – z udziałem Walentynowicz, Wałęsy, a teraz – zmilitaryzowany muzyk.

Ostre picie, pogłębiające się kłopoty rodzinne, rozpad małżeństwa…

A zarazem będąc we Flotylli zrobił wreszcie dyplom. Tyle że w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, gdzie przeniósł się jego profesor Jerzy Szymański.

– To nie tak bardzo piłeś, skoro udało ci się zrobić dyplom – zauważam. – Miałem bardzo mocną głowę, rzadko mi się film urywał. Choć mam i recenzję z tegoż „Verbum nobile” prezentowanego w Brnie, kiedy to gratulowali mi występu, a ja pamiętałem jedynie, jak stałem w kulisach i pilnowałem kierunku wyjścia na scenę. Tego dnia dowiedziałem się, że urodziła mi się córka.

Miał dyplom, ale nie wierzył, że może wrócić do poprzedniego życia zawodowego, chciał też zmienić otoczenie, środowisko. Trafił do warszawskiego zespołu wojskowego Radar, gdzie miał okazję pracować w widowisku Katarzyny Gaertner „Zagrajcie nam wszystkie srebrne dzwony”. – To była najlepsza muzycznie i tekstowo rzecz, jak mnie w tamtych latach spotkała.

Sam w tym czasie napisał jedną piosenkę, nawet ją chcieli zakwalifikować na festiwal kołobrzeski, ale tekst Janusza Szczepkowskiego „Dobry wietrze prowadź nas na ten nieznany brzeg…” odrzuciła wojskowa cenzura. Uczył się aranżacji i ona była jego głównym zajęciem. Dawała pieniądze, a były potrzebne – i po to, by głuszyć doskwierające uczucie traconych lat. W artystycznej biografii zamyka ten okres słowem – choroba.

Powrócił do domu, do Rabki. – Chciałem odzyskać jakiś spokój. Zaczął pracować w Teatrze Rabcio. Ale wiedział, że nigdy nie będzie lalkarzem, że czołganie się za parawanem z pacynką to nie dla niego. Również przygotowany z dwoma kolegami program pieśni patriotycznych, mimo iż był gorąco przyjmowany, to tez nie było to…

Postanowił raz jeszcze wszystko zmienić w życiu, może wrócić do wyuczonego zawodu…

*

Tego dnia przesłuchano w Wiedeńskiej Operze Kameralnej 60 osób, przyjęto Australijkę i Kubowicza. Kontrakt podpisywał po angielsku, po niemiecku znał jedynie 250 pieśni Schuberta; z nich robił dyplom.

I tak się rozpoczęła jego przygoda w tej operze; jak mówi – ciekawa, kształcąca, choćby z uwagi na wielokulturowy tygiel; bywało, że na scenie spotykało się 12 narodowości. Spędził tam rok. Finansowo nie było zbyt atrakcyjnie, bo to teatr impresaryjny, a przede wszystkim wracała tęsknota za gitarą, za innego rodzaju muzyką – zwłaszcza po udziale w rockowej wersji opery Bizeta – „Carmen Negra”.

Zaczął śpiewać w klubach, w jakichś zespolikach, grać na targach, na ulicy. No i pisał piosenki.

– Obracałeś się w kręgu Polonii, Austriaków?

– Bardziej Austriaków, ale głównie sam ze sobą. Myślę, że od dziecka jestem typem samotnika, potrzebę bycia z kimś zaspokajał mi zespół, kiedyś jeszcze sport.

Piotr nie ukrywa, że wyjechał do Austrii i po to, by przestać pić. Liczył, że ułatwią mu to zmiana środowiska, języka, kultury. I udało się – po czterech latach.

„Wiedeń. Był moim wieloletnim przystankiem w długiej wędrówce po okolicach ludzkiego piekła. Aż stał się dnem, od którego odbiłem się i powróciłem w szeregi godnie żyjących. Tam też przyjaciel przybliżył mi Rainera Marię Rilkego. (…) Tak powstały „Godzinki”. Dziękczynne i proszalne” – zapisał w posłowiu do wydanego już w Polsce, w 1997 roku, tomiku-śpiewnika z wybranymi lirykami Rilkego. – Miałem za co Panu Bogu dziękować – dodaje teraz.

To do czytanych po niemiecku „Godzinek”, mimo dalekiego od doskonałości opanowania języka, pisał muzykę. To dzięki tym wierszom odzyskiwał spokój. To one wspierały go w ciągu trzech lat, które spędził w Austrii na trzeźwo. Nie tylko w Austrii, z recitalami jeździł do Niemiec, do północnych Włoch. Znów grał na ulicach, z rozłożonym futerałem na pieniądze, z kasetą z nagranymi przez siebie kolędami. – To także była forma pewnego rodzaju kuracji, nabierania pokory wobec życia… Patrzyłem na siebie innymi oczami.

Śpiewał w sześciu językach, piosenki neapolitańskie, romanse rosyjskie, Schuberta… – Nie wciskałem ludziom kitu, zatem miałem z tego wystarczające do życia środki.

Wtedy też poznał Zofię Beklen, o której na swej wydanej ostatnio pierwszej płycie napisze „moja Zośka” dziękując za wsparcie, jakiego mu udzieliła prywatnie, i jako szefowa Wiedeńsko-Krakowskiego Towarzystwa Kulturalnego. „Dzięki naszej wspólnej decyzji o moim wyjeździe z Wiednia do Krakowa mogłem nagrać te płytę jako Artysta Piwnicy pod Baranami” – napisze.

Od kilku lat są razem, choć ona w Wiedniu, on – w Krakowie.

Bo w pewnym momencie uznał, że czas wracać do Polski. Już miał z czym. Miał „Godzinki”, do których już w Polsce dopisał kolejne pieśni i teraz dla Haliny Wyrodek, Oli Maurer, Szymona Zychowicza, z którymi to zaprezentował je jesienią w pięknej wiedeńskiej świątyni – Votivkirche, miał ileś piosenek, w tym do wierszy Mariana Janusza Kawałko, dyrektora szkoły polskiej przy ambasadzie w Wiedniu… Teraz też znalazły się na wspomnianej płycie.

A że kilka lat wcześniej w czasie sylwestra w Krynicy poznał Marka Pacułę, przypomniał mu się. Jesienią 1996 roku po raz pierwszy zaśpiewał gościnnie w Piwnicy pod Baranami. Potem jeszcze kilka razy. 21 marca, w piątek, kabaret miał dodatkowy zamknięty występ – regułą jest wtedy udział tylko stałego zespołu, niemniej zaproszono i Piotra. – Tego dnia ze szpitala na przepustkę wyszedł Pior Skrzynecki, później się okazało, że to ostatni raz. Zapowiedział mnie, a potem, gdy już siedziałem w bufecie na herbatce, podszedł Marek Pacuła: „Witaj w rodzinie, Piotr cię przyjął…”. Myślałem, że pęknę. Nocą po kabarecie pojechałem pociągiem do Krynicy, do Zosi, by jej osobiście zakomunikować: „Jestem artystą Piwnicy pod Baranami”!

Kolejny papieros, nie wiadomo który; Piotr bardzo dużo pali. –  Nie umiem przestać.

– Tyle mi przepłynęło razem z gorzałą, ale chcę nadrobić stracone lata, jestem głodny roboty, wiem, że jeszcze najlepsze rzeczy napiszę, że jeszcze je zaśpiewam, że to jeszcze przede mną.

O sobie mówi, że jest intuicjonistą, piosenki pisze w 15 minut, i już rzadko poprawia, albo zrobi szkic i odkłada na kilka miesięcy. – To jest to moje amatorstwo.

Zdolności muzyczne pewnie ma po ojcu. Był bardzo muzykalny, grał w orkiestrze. – Po ojcu mam też pewnie i jego pasję do wędkowania, do dziś to uwielbiam… Ale to wszystko przekazał mi jedynie w genach, bo nie zeszły się nasze drogi, chowała mnie mama… – dodaje smutno. – A teraz historia się powtarza, też nie mam kontaktu z córką. Za trzy dni kończy 24 lata… Jakiś czas chodziła do szkoły muzycznej, ma słuch absolutny – powie w innym miejscu naszej rozmowy.

Te wątki osobistego dramatu gdzieś wplatają się w rozmowę równie chaotycznie, jak poplątane było Piotrowe życie.

Żałujesz? – Widać tak musiało być, niczego nie ma w życiu przypadkowego, tak uważam. Jeżeli by mi było żal, to pewnie bym pił nadal, właśnie z żalu, byłby to cudowny pretekst. Powiedziało mi to paru mądrych alkoholików: „Nie żałuj, ciesz się, że ci się udało”.

– Owszem, żałuję na przykład, że tak mało miałem okazji do rozmów z Piotrem Skrzyneckim, odwiedzałem go w szpitalu, ale z człowiekiem cierpiącym już się inaczej rozmawia…

Mając 47 lat wydał pierwszą płytę. – Starałem się, by to płyta piwniczna i moja zarazem, bym pokazał siebie w rozmaitych piosenkach – swingujących, poetyckich, bluesowych, a zarazem dumny jestem, że Zygmunt Konieczny pozwolił mi nagrać „Tomaszów” Tuwima, że zaśpiewałem zupełnie inaczej z Januszem Radkiem pierwszy piwniczny hymn – „Niebieską patelnię” Andrzeja Nowaka, znakomitym pianistą, z którym współpracuję na stałe, że z Olą Kurczab, legendarną artystką kabaretu, śpiewam wiersz Julii Hartwig, że pan Czesław Miłosz przystał na moją muzyczna oprawę jego wiersza „Jasności promieniste” i miałem zaszczyt do ZAIKS-u zgłosić piosenkę z podpisem wybitnego poety i moim.

Za tę pięknie wydaną płytę z tekstami również Krasickiego, i Dymnego, i Leśmiana, i Zegadłowicza, i Gałczyńskiego, i Moczulskiego, i naturalnie Rilkego, którego wiersz „Jak wartownik, co winnicy strzeże” to piękna melodyjna piosenka, zbiera Piotr Kubowicz od kilku miesięcy pochwały – także byłych kolegów, profesorów…. I tym bardziej żal, że choć płytę wydało Polskie radio, nie gra tych piosenek, a przecież wiele z nich można by wylansować…

*

– Miałem końskie zdrowie do wódy. Była dla mnie jak chleb. Wiedziałem, że wszelkie kuracje, zaszywanie, to nie dla mnie, że muszę sam… Kuracja była drakońska. Półtora miesiąca poza domem, wśród największych wiedeńskich meneli. Byłem jedynym obcokrajowcem w ich gronie, zaakceptowanym a i mnie było tam dobrze. Zresztą stan psychiczny, w jakim byłem, bardziej zbliżał mnie do ich środowiska niż tego niby mojego… Pewnego dnia odmówiłem picia. Kolejnego dnia – znowu. Następnego – podobnie. I tak jest do dzisiaj. Już dziesiąty rok sobie powtarzam, że dziś nie wypiję. I cieszę się z każdego dnia, że go wygrałem. Mam przy tym tę luksusową  sytuację, że na pytanie: „Nie możesz?” odpowiadam: „Mogę, ale nie chcę”. Choć wiem, że mógłbym napić się lampkę koniaku i nie sięgnąć po drugą. Już się nie boję. I to jest jedno z największych zwycięstw w moim życiu. Acz nie mówię, że wygrałem ostatecznie. Na razie prowadzę…

 

Comments are closed.

comments sind aus -->